poniedziałek, 3 sierpnia 2015

"W głowie się nie mieści" - film animowany, któremu warto poświecić czas

Gdyby za nieumiejętność organizacji własnego czasu dawano statuetki, to miałabym ich w domu z miliard. Nawet nie wiem, kiedy minął pierwszy rok moich studiów. Zupełnie inny tryb nauki i życia, do którego jeszcze nie udało mi się przyzwyczaić. Już dawno po sesji, a ten wpis czeka na publikację od trzech tygodni. W międzyczasie był wyjazd nad morze i wizyta w Warszawie na festiwalu k-popowym, o którym już przygotowuję post (może za miesiąc skończę). Ogólnie przez cały ten czas, pomysłów była masa, część wpisów zdążyłam zacząć, ale nie miałam natchnienia lub czasu, aby je skończyć. Jednak te wakacje są spod znaku odpoczynku, więc może uda mi się wypracować pewną systematyczność...OBY. Dość zapewnień. Przechodzimy do rzeczy.



Już nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam w kinie. Może rok, może dwa lata temu. W każdym razie nie pamiętam nawet na jakim filmie ani czy mi się podobał, więc jest kiepsko, ale stabilnie. Jednak teraz nadarzyła się super okazja, aby zawitać do Multikina. Ponieważ miała być to moja „nagroda” na koniec sesji (no relaks się należy), a były dwie opcje jej zakończenia: zdane egzaminy lub nie, to stwierdziłam, że przyda się coś zabawnego, lekkiego i przyjemnego. Przez chwilę zastanawiałam się nad dwoma produkcjami. Pierwszą były osławione „Minionki”, drugą (jak już zdążyliście zauważyć) - „ W głowie się nie mieści”. Decyzja nie była trudna. Po obejrzeniu zwiastunów stwierdziłam, że humoru (i fenomenu) „Minionków” absolutnie nie pojmuję, a komentarze utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie warto tracić na to czasu i pieniędzy. Mój wybór padł na „W głowie się nie mieści”, które zachwyciło mnie tematyką i samymi zapowiedziami. Przyznam, że w tym wypadku nawet komentarzy nie czytałam.

Zacznijmy od początku – czyli od reklam. One z roku na rok trwają coraz dłużej. Musiałam się powstrzymywać, żeby nie zjeść całego popcornu w przeciągu tych kilkudziesięciu długich minut. Oczywiście fajnie, że są zapowiedzi produkcji, które niedługo będzie można zobaczyć, sama wypatrzyłam dobrą bajkę, oj przepraszam, poprawnie politycznie – film animowany, na kolejny wypad, mianowicie „Hotel Transylwania 2”, tylko muszę pierwszą część nadrobić. Jednak co mnie wkurzyło, to jakiś krótki filmik „Lawa”. Nie wiem co to było, ale po pięciu minutach zaczęło się robić irytujące – tak naprawdę nie mam pojęcia ile ta porażka trwała, ale moje uszy i mózg miały dosyć po bardzo krótkim fragmencie, który w gruncie rzeczy byłby wystarczający.

Dobra. Jednak do rzeczy. Reklamy przetrwałam i zaczął się film. Na początku pojawiła się, znana z zapowiedzi – Radość i wprowadziła widzów w historię oraz przedstawiła resztę emocji, czyli Strach, Gniew, Smutek oraz Odrazę, które wraz Radością sterują uczuciami dziewczynki – Riley. Jednak to nie tak, że te małe stworki żyją tylko w jednej główce – każdy ma ich własną wersję. Cała akcja rozpoczyna się, kiedy Riley wraz z rodzicami przeprowadzają się do San Francisco. Wtedy to szczęśliwe, sielankowe życie dziewczynki zostaje zaburzone i zaczynają się mniej przyjemne sytuacje, które wywołują w niej więcej negatywnych emocji – stery przejmuje Strach, Gniew, Odraza i Smutek. Ogólnie każda sytuacja życiowa dziewczynki jest zapisywana w jej wspomnieniach, okraszona odpowiednią emocją, ale istnieją również fundamenty, które determinują jej charakter. Wracając do akcji. Smutek jest totalną ciapa życiową, która nie wie co i dlaczego robi, potrafi wszystko zepsuć. Problem pojawia się, kiedy „tworzy” ona fundament na podstawie wspomnienia odpowiadającego reprezentującej ją emocji. Robi się bałagan i wszystkie podstawy charakteru Riley znikają, a wraz z nimi Radość i Smutek. Pal licho tę drugą, ale bez Radości, Riley się nie uśmiechnie, nie będzie szczęśliwa – kiepska wizja, ja nie lubię stanów depresyjnych. Dziewczyny trafiają do pamięci długotrwałej i próbują jak najszybciej dostać się do centrali, aby odstawić podstawy charakteru Riley na miejsce, przy tym podróżując po różnych ośrodkach mózgu. Przez ten czas, panel sterowania przejmują trzy pozostałe emocje, które dość interesująco próbują poradzić sobie z zaistniałą sytuacją i zastąpić Radość.

Co do mojej oceny. Produkcję oglądało się naprawdę bardzo przyjemnie. Kilka razy się wzruszyłam, sporo pośmiałam. Na początku bałam się, że głównymi odbiorcami będą rodzicie z dziećmi, ale było sporo osób dorosłych, które szukały czegoś lekkiego, ale i ciekawego do obejrzenia. Chociaż sala była raczej pusta, ale to był środek tygodnia, więc wszystko jest do zrozumienia. Myślę, ze bajka jest pokazana w sposób przystępny dla dzieci, jednak najmłodsi mogą mieć drobny problem ze zrozumieniem czegoś więcej niż samych przygód głównych postaci. Podoba mi się zręczne przejście między dwoma światami: tym co ma miejsce w głowie i w życiu Riley. W sumie, to mam nadzieję, że powstanie druga część tej opowieści, ponieważ pod koniec filmu, na panelu sterowania, którym posługują się emocje pojawił się dodatkowy przycisk „dojrzewanie”. Jak wiadomo, wtedy w głowie jest kosmos, absolutnie wszystko się w niej dzieje, więc myślę, że to byłoby jeszcze ciekawsze, tylko chyba bez graniczenia wiekowego to nie zda egzaminu. Ogólnie bardzo na plus. Uważam, że „W głowie się nie mieści” jest warte obejrzenia, niezależnie od wieku odbiorcy. Sama myślę, że jeszcze wrócę do tej produkcji. 


Tak na marginesie, to radzę siedzieć do końcowych napisów na miejscu, bo i tutaj są bardzo zabawne sceny. Podczas projekcji, wiele osób już wstało i zbierało się do wyjścia, na końcu stojąc przy samym ekranie z głowami pozadzieranymi pod sam sufit, żeby cokolwiek zobaczyć.

To ja wracam odpoczywać i pracować nad sobą – jak zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz