Gdyby za nieumiejętność organizacji
własnego czasu dawano statuetki, to miałabym ich w domu z miliard.
Nawet nie wiem, kiedy minął pierwszy rok moich studiów. Zupełnie
inny tryb nauki i życia, do którego jeszcze nie udało mi się
przyzwyczaić. Już dawno po sesji, a ten wpis czeka na publikację
od trzech tygodni. W międzyczasie był wyjazd nad morze i wizyta w
Warszawie na festiwalu k-popowym, o którym już przygotowuję post
(może za miesiąc skończę). Ogólnie przez cały ten czas,
pomysłów była masa, część wpisów zdążyłam zacząć, ale nie
miałam natchnienia lub czasu, aby je skończyć. Jednak te wakacje
są spod znaku odpoczynku, więc może uda mi się wypracować pewną
systematyczność...OBY. Dość zapewnień. Przechodzimy do rzeczy.
Już nie pamiętam, kiedy ostatnio
byłam w kinie. Może rok, może dwa lata temu. W każdym razie nie
pamiętam nawet na jakim filmie ani czy mi się podobał, więc jest
kiepsko, ale stabilnie. Jednak teraz nadarzyła się super okazja,
aby zawitać do Multikina. Ponieważ miała być to moja „nagroda”
na koniec sesji (no relaks się należy), a były dwie opcje jej
zakończenia: zdane egzaminy lub nie, to stwierdziłam, że przyda
się coś zabawnego, lekkiego i przyjemnego. Przez chwilę
zastanawiałam się nad dwoma produkcjami. Pierwszą były osławione
„Minionki”, drugą (jak już zdążyliście zauważyć) -
„ W głowie się nie mieści”. Decyzja nie była trudna. Po
obejrzeniu zwiastunów stwierdziłam, że humoru (i fenomenu)
„Minionków” absolutnie nie pojmuję, a komentarze
utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie warto tracić na to czasu i
pieniędzy. Mój wybór padł na „W głowie się nie mieści”,
które zachwyciło mnie tematyką i samymi zapowiedziami. Przyznam,
że w tym wypadku nawet komentarzy nie czytałam.
Zacznijmy od początku – czyli od
reklam. One z roku na rok trwają coraz dłużej. Musiałam się
powstrzymywać, żeby nie zjeść całego popcornu w przeciągu tych
kilkudziesięciu długich minut. Oczywiście fajnie, że są
zapowiedzi produkcji, które niedługo będzie można zobaczyć, sama
wypatrzyłam dobrą bajkę, oj przepraszam, poprawnie politycznie –
film animowany, na kolejny wypad, mianowicie „Hotel Transylwania
2”, tylko muszę pierwszą część nadrobić. Jednak co mnie
wkurzyło, to jakiś krótki filmik „Lawa”. Nie wiem co to było,
ale po pięciu minutach zaczęło się robić irytujące – tak
naprawdę nie mam pojęcia ile ta porażka trwała, ale moje uszy i
mózg miały dosyć po bardzo krótkim fragmencie, który w gruncie
rzeczy byłby wystarczający.
Dobra. Jednak do rzeczy. Reklamy
przetrwałam i zaczął się film. Na początku pojawiła się, znana
z zapowiedzi – Radość i wprowadziła widzów w historię oraz
przedstawiła resztę emocji, czyli Strach, Gniew, Smutek oraz
Odrazę, które wraz Radością sterują uczuciami dziewczynki –
Riley. Jednak to nie tak, że te małe stworki żyją tylko w jednej
główce – każdy ma ich własną wersję. Cała akcja rozpoczyna
się, kiedy Riley wraz z rodzicami przeprowadzają się do San
Francisco. Wtedy to szczęśliwe, sielankowe życie dziewczynki
zostaje zaburzone i zaczynają się mniej przyjemne sytuacje, które
wywołują w niej więcej negatywnych emocji – stery przejmuje
Strach, Gniew, Odraza i Smutek. Ogólnie każda sytuacja życiowa
dziewczynki jest zapisywana w jej wspomnieniach, okraszona
odpowiednią emocją, ale istnieją również fundamenty, które
determinują jej charakter. Wracając do akcji. Smutek jest totalną
ciapa życiową, która nie wie co i dlaczego robi, potrafi wszystko
zepsuć. Problem pojawia się, kiedy „tworzy” ona fundament na
podstawie wspomnienia odpowiadającego reprezentującej ją emocji.
Robi się bałagan i wszystkie podstawy charakteru Riley znikają, a
wraz z nimi Radość i Smutek. Pal licho tę drugą, ale bez Radości,
Riley się nie uśmiechnie, nie będzie szczęśliwa – kiepska
wizja, ja nie lubię stanów depresyjnych. Dziewczyny trafiają do
pamięci długotrwałej i próbują jak najszybciej dostać się do
centrali, aby odstawić podstawy charakteru Riley na miejsce, przy
tym podróżując po różnych ośrodkach mózgu. Przez ten czas,
panel sterowania przejmują trzy pozostałe emocje, które dość
interesująco próbują poradzić sobie z zaistniałą sytuacją i
zastąpić Radość.
Co do mojej oceny. Produkcję oglądało
się naprawdę bardzo przyjemnie. Kilka razy się wzruszyłam, sporo
pośmiałam. Na początku bałam się, że głównymi odbiorcami będą
rodzicie z dziećmi, ale było sporo osób dorosłych, które szukały
czegoś lekkiego, ale i ciekawego do obejrzenia. Chociaż sala była
raczej pusta, ale to był środek tygodnia, więc wszystko jest do
zrozumienia. Myślę, ze bajka jest pokazana w sposób przystępny
dla dzieci, jednak najmłodsi mogą mieć drobny problem ze
zrozumieniem czegoś więcej niż samych przygód głównych postaci.
Podoba mi się zręczne przejście między dwoma światami: tym co ma
miejsce w głowie i w życiu Riley. W sumie, to mam nadzieję, że
powstanie druga część tej opowieści, ponieważ pod koniec filmu,
na panelu sterowania, którym posługują się emocje pojawił się
dodatkowy przycisk „dojrzewanie”. Jak wiadomo, wtedy w głowie
jest kosmos, absolutnie wszystko się w niej dzieje, więc myślę,
że to byłoby jeszcze ciekawsze, tylko chyba bez graniczenia
wiekowego to nie zda egzaminu. Ogólnie bardzo na plus. Uważam, że
„W głowie się nie mieści” jest warte obejrzenia,
niezależnie od wieku odbiorcy. Sama myślę, że jeszcze wrócę do
tej produkcji.
Tak na marginesie, to radzę siedzieć
do końcowych napisów na miejscu, bo i tutaj są bardzo zabawne
sceny. Podczas projekcji, wiele osób już wstało i zbierało się
do wyjścia, na końcu stojąc przy samym ekranie z głowami
pozadzieranymi pod sam sufit, żeby cokolwiek zobaczyć.
To ja wracam odpoczywać i pracować
nad sobą – jak zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz