Kolejna, spora przerwa w pisaniu.
Jednak przygotowanie do matury rządzi się własnymi prawami.
Dlatego musicie mi wybaczyć, ale ostatnio albo się uczę, albo nie
robię nic.
Dzisiaj jednak przychodzę do Was z
krótką recenzją serum do włosów od Garniera, które ostatnio
upolowałam w Rossmannie.
Właściwie fakt, że ten produkt znalazł
się w moich rękach to czysty przypadek. Na początku czaiłam się
na olej makadamia firmy Loton, jednak obsługa w innym sklepie,
skutecznie mi wybiła ten pomysł z głowy, swoją nieuprzejmością
i wpieraniem klientowi, że jest totalnym debilem, bo ceny nie widzi
(która i tak okazała się inna). I tak wyszło na moje, ale już po
ptokach.
W sumie nie mogę się pochwalić
jakimś zamiłowaniem do produktów Garniera, chociaż i takowe
przewędrowały, kiedyś, przez moją łazienkę. Jednak Serum
Goodbye Damage z serii Garnier Fructis mile mnie zaskoczyło.
Co prawda, producent obiecuje nam
scalenie rozdwojonych końcówek, co jest zwykłym picem na wodę.
NIC! ABSOLUTNIE NIC nie sklei nam cudownie końcówek. Jednak na
pewno są osoby, które zwabione reklamą, skuszą się na ten
produkt, żeby w ostateczności się rozczarować, bo serum nie
sprostało ich oczekiwaniom. Nie dajmy się nabrać. Obietnice, że
seria naprawi rok uszkodzeń włosów w tydzień, również do kosza
można wyrzucić.
Skład:
Na przodzie opakowania widzimy cudowne zdanie:
„Olejek z owoców amli”, jednak gdy spojrzymy na skład...i
owszem, olejek znajdziemy, ale na szarym końcu, a dokładniej
ostatnim miejscu. To w sumie tak, jakby go nie było. Produkt jest
typową bombą sylikonową, która ma za zadanie, zabezpieczać włosy
przed uszkodzeniami mechanicznymi, więc nie spodziewajmy się
szeregu cudownych składników.
(Dla zainteresowanych)
Skład: Cyclopentasiloxane, Dimethiconol,
Parfum/Fragrance, Eugenol, Limonene, Linalool, Benzyl Salicylate,
Benzyl Alcohol, Alpha-Isomethyl Ionone, Butylphenyl Metyhlpropional,
Citronellol, Hexyl Cinnamal, Amyl Cinnamal, Phyllanthus Emblica Fruit
Extract (Fil C158148/1).
Zapach, konsystencja, wrażenia estetyczne:
Zapach produktu jest po prostu boski!
Delikatnie słodki, ale naprawdę przyjemny. Mogłabym go tylko
wąchać. Dużym plusem jest to, że zapach utrzymuje się na
włosach, może nie jakoś super długo, ale chwilę nacieszyć się
można. Konsystencja jest płynna, ale jednocześnie na tyle gęsta,
aby produkt nie uciekał z dłoni. Całość jest zamknięta w
bardzo estetycznym, przezroczystym i higienicznym opakowaniu z
pompką, która ułatwia aplikację serum.
Działanie:
Serum bardzo łatwo się aplikuje na
włosy, dzięki jego konsystencji. Do tego jest nawet wydajne. Z
produktem, jednak, lepiej nie przesadzać i należy nakładać go
tylko na długość, ponieważ zbyt duża jego ilość, czy aplikacja
zbyt blisko skóry głowy może dać nam niepożądany efekt tłustych
włosów. Serum ładnie nabłyszcza włosy, sprawia, że są miękkie,
lejące, zdecydowanie łatwiej jest je okiełznać. Dzięki temu
włosy też, wyglądają na zdrowe i zadbane. Ogólnie jestem bardzo
na tak! Szukałam produktu do zabezpieczenia końcówek, jednocześnie
chciałam aby były trochę bardziej lśniące i zdyscyplinowane. Nie
wymagałam super składu, bo od nawilżania i innych cudów mam
odżywki, maski i oleje.
| Bez flesza |
| Z fleszem |
Cena i dostępność:
Jeśli chodzi o cenę to standardowo
jest to 14.99 zł i znajdziemy go w każdym Rossmannie. Nie wiem jak
w innych sklepach, jednak myślę, że większość drogerii powinna
mieć ten produkt w ofercie, z racji, że produkty Garniera nie są
trudno dostępne.
Mogę tylko polecić Wam Serum Goodbye
Damage, jeśli poszukujecie tego typu produktu. Jednak, jeżeli
potrzebujecie czegoś, co odżywi przy okazji Wasze włosy...radzę
wybrać co innego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz